|
poniedziałek, 06 września 2010 15:27 |
Wszyscy uczestnicy ostatnią niedzielę spędzili już w domach, wciąż jeszcze pełni wrażeń z pobytu w Kurdystanie. Po sukcesie i zdobyciu Araratu, oddaliśmy się słodkiemu aczkolwiek aktywnemu lenistwu, podróżując nad irańską granicę aby zobaczyć drugi co do wielkośći na świecie krater po meteorycie, zwiedziliśmy muzeum Arki Noego i pojechaliśmy do gorących źródeł Dinaydin, gdzie pluskaliśmy się beztrosko i wesoło. Zwiedziliśmy też ogromny pałac Ishaka Paszy, górujący nad Dogubayazit, a w samym miasteczku oddawaliśmy się kilinarnym uciechom, spędzając wieczory na gwarnym i ruchliwym deptaku - smak kebaba, pide, bakłażanów, ayranu i zup z soczewicy na pewno długo jeszcze będzie żywy ;-)
O skomplikowanej sytuacji politycznej i społecznej Kurdów i Kurdystanu przypominają groźne miny tureckich żołnierzy, worki z piaskiem i zasieki otaczające koszary i urzędy oraz czołgi i transportery opancerzone co jakiś czas przemykające ulicami. Kurdyjskie kanały telewizyjne epatują obrazami walk ulicznych, manewrów i ćwiczeń w partyzanckich obozach, a muzyczne teledyski wypełnione są tęskonotą za wolnością i niezależnością oraz antytureckimi odniesieniami. Jednak obecnie w Kurdystanie panuje spokój o nadzieja na rozwiązanie tlącego się gdzieś głęboko konfliktu, a życie spokojnie i powoli toczy się dalej.
Podróż pod Ararat pokazuje, że Bliski Wschód wcale nie jest tak daleko...
|