trekking, wyprawa

trekking, wyprawa

Strona główna RELACJE Z WYPRAW Zdobyłam Everest - wywiad Oli Bieleckiej z Małgosią Wątrobą
Zdobyłam Everest - wywiad Oli Bieleckiej z Małgosią Wątrobą
Przed rokiem mogła jedynie podziwiać szczyt Everestu z odległości zaledwie parudziesięciu metrów. Musiała zawrócić z powodu złych warunków atmosferycznych. Ale w tym roku jej marzenie spełniło się. W czwartek, 12 maja rano, 61-letnia Małgorzata Wątroba, Polka mieszkająca od wielu lat w Perth, stanęła na szczycie Everestu.
Żona, mama i babcia. Absolwentka krakowskiej AGH. Małgosia to typowa dziewczyna z sąsiedztwa, uśmiechnięta i serdeczna. Gdybyście spojrzeli na tą drobną szczupłą postać nie przyszło by wam do głowy, że tak świetnie radzi sobie w górach. Z Małgosią spotkałam się w tym roku w Himalajach, w osadzie Gorak Shep, w pobliżu bazy pod Everestem.

AB: Małgosiu, skąd zainteresowanie górami wysokimi? Skąd ta pasja?
MW: Lubiłam góry od kiedy... Od kiedy sięgam pamięcią. Tą pasję zaszczepił u mnie mój tato ? Włodzimierz Wal, zresztą u mojej siostry bliźniaczki też. We trójkę wybieraliśmy się na górskie wycieczki. To naturalne, że przyszedł taki czas, że chciałam zobaczyć Andy, Himalaje... W dodatku bardzo lubię próbować swoich sił w sporcie, przede wszystkim we wspinaczce.
AB: Nie jesteś nowicjuszką, zanim zdecydowałaś się na uczestnictwo w wyprawie na Everest zdobyłaś kilka szczytów...
MW: Tak, weszłam na Mera Peak, dwa razy na Island Peak i na Lobuche East, była też Aconcagua, Kilimanjaro i Pokalde. Brałam także udział w kilku trekkingach.

AB: Ale był też jakiś ośmiotysięcznik?

MW: Tak, weszłam na Manaslu, więc na Evereście nie czułam się jak kompletna amatorka (śmiech).

AB: Jesteś w górach świetną ambasadorką Polski, bo pomimo tego, że od wielu lat mieszkasz w Australii zawsze podkreślasz swoje polskie pochodzenie. My, Polacy mamy himalajskie tradycje. Powiedz czy sporty górskie są tak samo popularne w Australii?

MW: Bardzo popularne! I to nie tylko trekking, ale i wspinaczka. Czy wiesz, że najwięcej pozwoleń na wejście na Everest wydawanych jest dla mieszkańców USA, Wielkiej Brytanii i Australii?
AB: Tego nie wiedziałam...
MW: Australia to kraj sportów górskich! (śmiech).
AB: Kiedy zrodził się pomysł żeby zdobyć Everest?
MW: Dobrze to określiłaś ? pomysł się ?zrodził?, bo pomimo tego, że zawsze lubiłam góry, to wejście na Everest nie było moim marzeniem. Można powiedzieć, że apetyt rósł w miarę zdobywania wysokości (śmiech).
AB: Jak to się zaczęło?
MW: Od trekkingu w Himalajach, zdobycia Gokyo Ri i Kala Patthar. Po nich przyszła ochota na sześciotysięczniki, Mera Peak, Island Peak, Pokalde i Lobuche East. Potem była Aconcagua. Kolejnym celem miało być Cho Oyu od strony tybetańskiej. Był to jednak rok olimpiady w Chinach (2008) i nie dostaliśmy permitu. Lider wyprawy w ostatniej chwili postanowił zmienić plany i uderzyć na Lhotse. Nie udało się. Dotarliśmy do obozu drugiego. Trasa jaką pokonywaliśmy wtedy jest w dużej części wspólna dla dwóch szczytów: Everestu i Lhotse. Akcja górska i aklimatyzacja były bardzo utrudnione przez działania Chińczyków. Aż do 10 maja nie pozwolili nikomu zbliżyć się do szczytu. Ich ambicją było aby w roku olimpijskim to Chińczyk stanął jako pierwszy na szczycie Everestu.
AB: Jak wyglądają Twoje przygotowania do wypraw górskich?
MW: Ja ćwiczę cały czas. Jeżdżę na rowerze, około 350 - 400 kilometrów na tydzień, pływam. Ćwiczę na siłowni no i chodzę po schodach w moim 54 ? piętrowym wieżowcu, gdzie pracuję. Przed Everestem po prostu zwiększyłam ilość godzin treningu. Dzień zaczynał się o 4:30 rano, jechałam na rowerze do pracy, potem schody, wchodziłam trzy razy na 54 piętro... Po pracy znowu rower w pobliskim parku i powrót do domu najdłuższą możliwą drogą. A potem jeszcze bieżnia. I to wszystko pracując na pełnym etacie pracując jako inżynier elektryk, po 8 ? 10 godzin dziennie.
AB: Jesteś niesamowita! Małgosiu, rok temu próbowałaś już zdobyć Everest. Wtedy musiałaś zawrócić tuż przed szczytem ze względu na złe warunki atmosferyczne. Co skłoniło Cię do tego by spróbować ponownie?
MW: (Śmiech) Na video z 2010 roku, z kamery która była umieszczona na mojej głowie mam nagraną rozmowę z moim Sherpą, która odbyła się na południowym wierzchołku. On mówi: ?musimy zawrócić bo pogoda zła, następnym razem będziesz miała więcej szczęścia?, a ja na to: ?nie będzie następnego razu!? Tymczasem trzy dni po wylocie z Kathmandu zarezerwowałam miejsce w wyprawie w 2011 roku.
AB: Czy to była trudna decyzja?
MW: Decyzja była dla mnie... bardzo łatwa. Po prostu musiałam spróbować jeszcze raz. I pewnie gdyby w tym roku mi się nie udało to próbowałabym w 2012. Ale udało się, choć pogoda była dużo gorsza niż w 2010. Może pamiętasz tego faceta, z którym byłam w Gorak Sherp?

AB: Jasne.

MW: To Milos z Czech. W tym roku to była jego piąta próba. I nie wszedł... Ale za rok spróbuje znowu. Mountaineering is an addiction... jak to powiedzieć...

AB: Wspinaczka uzależnia.

MW: Właśnie...

AB: Gosiu, masz dużą rodzinę, jak oni przyjmują Twoje eskapady w góry?

MW: Dużą rodzinę...? Nie taką dużą (uśmiech). Mam tylko dwie córki Basię i Anię. Są dorosłe, jedna jest prawnikiem, druga grafikiem. Obie mieszkają w Melbourne. Basia jest mężatka, ma trzech synków. No i jest jeszcze oczywiście mój mąż ? Tadeusz. Oni bardzo mnie wspierają i są ze mnie dumni, choć Tadeusz nie jest przekonany co do mojej następnej przygody...
AB: A co to będzie?
MW: Przejazd na rowerze z Lhasy do Kathmandu. 1000 kilometrów i sześć przełęczy.
AB: Czy z tegorocznej wyprawy jakiś moment utkwił Ci w pamięci jako szczególnie trudny? Miałaś chwile zwątpienia?

MW: Bardzo trudne było zejście ze szczytu. Szczególnie zapamiętałam trasę od uskoku Hillary'ego aż do południowego wierzchołka. Bardzo wąska ścieżka ze stromymi zboczami po obu stronach, prawie zupełny brak widoczności. Niesłychanie silny wiatr i bardzo niska temperatura powodowały, że moje okulary lodowcowe przy każdym oddechu pokrywały się szronem co jeszcze bardziej utrudniało widoczność. Założyłam gogle, ale nie było lepiej.
Nie miałam chwili zwątpienia. Uważam, że nie można sobie pozwolić w takiej sytuacji na takie myśli. To bardzo niebezpieczne i może być zgubne. Z drugiej strony nie można być zbyt pewnym siebie. W czasie czekania w bazie i w obozach zdarzają się dni lepsze i gorsze ? fizycznie i mentalnie. Z tymi gorszymi radzę sobie słuchając muzyki. Uwielbiam Golców! Poza tym mam ogromny szacunek do gór. Nawet tych mniejszych. Zawsze uważałam, że to zależy od góry czy pozwoli nam wejść. Nie używam słowa ?conquer? (uśmiech).
AB: Czy planujesz kolejne wyprawy górskie?
MW: Na razie rowerową, o której wspominałam. Będzie przebiegała w strefie wysokości od 4 do 5 tysięcy metrów. Jeśli chodzi o góry to na razie nie straszę mojej rodziny (śmiech), mój mąż - Tadeusz chciałby spędzić rowerowe wakacje we Francji lub Włoszech, a mnie... marzy się Everest od strony tybetańskiej... (uśmiech).
AB: Gosiu jaką dałabyś radę osobom, które kiedyś chciałyby wziąć udział w wyprawie na Everest?
MW: Schodząc ze szczytu do bazy zapytałam Milosa czy poleciłby komuś wspinaczkę na Everest? ?Nie? odpowiedział, ?ja też nie? stwierdziłam. Ośmiotysięczniki to niesamowita przygoda, ale też niewiarygodny wysiłek. Jeśli ktoś naprawdę jest zdeterminowany, oto moja rada. Jeśli raz się zdecydujesz to trzymaj się obranego kursu. Miej plan treningu. Nie słuchaj negatywnie nastawionych ludzi. Nie przejmuj się dniami, w których masz wątpliwości - nie zawsze świeci słońce. A przede wszystkim pamiętaj, to musi być przyjemność, nawet jeżeli bardzo trudna. Musisz odczuwać radość z pokonywania własnych słabości.

Z Małgosią Wątrobą rozmawiała Ola Bielecka.
 
 
Joomla 1.5 Templates by Joomlashack