Bolesław Kozłowicz
Zbliżała się północ i Mustafa powoli zamykał swój sklep przy rue de banque. Jego spalony haszyszem pomocnik siedział skulony przy drzwiach i głupawo się uśmiechał. Mustafa co jakiś czas spoglądał na niego i uśmiechał się również. Całodniowy post się przecież skończył, można w końcu najeść się do woli, napić miętowej herbaty i zapalić papierosa z haszyszem. Nie, Mustafa absolutnie nie miał swojemu pomocnikowi za złe, że sam musi dziś zamykać sklep.
Do końca świętego miesiąca Ramadan pozostało jeszcze kilka dni, ale ludzie są już zmęczeni, narzekają na bolące brzuchy, są bladzi, niewyspani, nerwowi i nieuprzejmi. Kiedy zajdzie słońce, a dzięki Allahowi dni są coraz krótsze, kiedy w całym mieście zawyją syreny, a muezzini z meczetu Kutubija ogłoszą koniec postu, dopiero kiedy odezwą się ukryte przed ciekawskimi oczami niewiernych meczety mediny, a wiatr przyniesie śpiew duchownych z ville noveau - dopiero wtedy umęczeni wyznawcy proroka zasiądą nad miskami z dymiącą harirą i ugaszą pragnienie herbatą, odpoczywając po kolejnym dniu postu. O tym wszystkim Mustafa wiedział więcej niż wiele i dlatego nie boczył się na swojego pomocnika, który tego wieczora nie był w stanie w niczym mu pomóc i sam zwijał przewieszone przez balustradę balkonu dywany, narzuty i szale. Sam wnosił do środka lampy i świeczniki obciągnięte wielbłądzią skórą i oparte o mur podróbki zakrzywionych berberyjskich noży. Pogasił światła, starannie zamknął drzwi, pożegnał się ze swoim głupawo uśmiechniętym pomocnikiem i, odprowadzany jego zamglonym wzrokiem, podszedł do nas. Medina tymczasem szykowała się do snu. Nieliczni przechodnie, pracownicy sklepów i knajp położonych przy Dżemma - el fna spieszyli się do domów, niosąc pachnące naręcza okrągłych bochenków chleba, plastikowe butelki z sokiem pomarańczowym, blaszane dzbanki z miętową herbatą, świeże owoce i papierowe rożki pełne słodkich łakoci i prażonych orzechów. Wszyscy oni znikali w gęstniejącym mroku mediny, która o tej porze sprawiała wrażenie wymarłej i nieprzyjaznej. Od czasu do czasu, z charakterystycznym warkotem, przemykał nam przed oczami motocykl albo skuter, który omiatał, jakby w pośpiechu i od niechcenia, mury i ciemne sylwetki światłem przedniego reflektora i znikał za pierwszym zakrętem, a jego silnik cichł gdzieś w dali, w labiryncie wąskich ulic, ciemnych przesmyków i podwórek. W odwrotną stronę zmierzali spóźnieni turyści, świecący z daleka nagimi, bladymi łydkami. Im bliżej placu, tym ich krok jest wolniejszy, bardziej pewny, a ruchy bardziej swobodne. Przecież jest już więcej świateł, gwar narasta z każdą minutą, a białych coraz więcej. Już nie ma się wrażenia, że puste i ciemne uliczki, które za dnia tętnią życiem i przez które we wszystkich kierunkach przeciska się ludzka ciżba, w milczeniu wpatrują się w ciebie setkami ukrytych w mroku wrogich oczu, a czerwone ogniki papierosów w ślepych zaułkach nie zapowiadają niczego dobrego. Mustafa też zapalił papierosa, po raz kolejny tego długiego dnia wzniósł oczy ku niebu i przekazał Bogu swoje zdanie na temat ramadanu. Kemal zaśmiał się i wetknął w uszy słuchawki swojego Mp3. Słuchał jakiejś religijnej audycji i był pełen zrozumienia dla teologicznych rozterek Mustafy. Kemal był Berberem z gór, pochodził z Warzazat i przyjechał do Marrakeszu w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Od paru lat pracował w hotelu, w którym mieszkałem - dwadzieścia cztery godziny na dobę, z jednym wolnym dniem w miesiącu, za 1000 dirhamów. Miał w Marrakeszu dziewczynę i kiedy udawało mu się wyrwać z pracy na kilka godzin, chodzili na spacery do Gardin Majorelle. Wieczorami wystawiał sobie krzesło wprost na ulicę i tkwił tak godzinami. Siedzielismy na schodach przy wejściu do hotelu i po prostu patrzyliśmy na ulicę. Obok, na kawałku tektury, żebrała młoda kobieta z dwójką dzieci. Kemal, jako dobry muzułmanin, rzucił jej kilka dirhamów, po czym, cmokając z dezaprobatą, poinformował mnie, że kobieta ta została opuszczona przez męża i dlatego musi żebrać na ulicy. Spoglądałem na Mustafę jak pali i przypomniało mi się jak parę godzin wcześniej, głodny i spragniony, tęsknie spoglądał w niebo i nasłuchiwał wycia syren, nerwowo obracając w palcach papierosa, którym miał zamiar się uraczyć po zachodzie słońca . Co chwila wyciągał z kieszeni zapalniczkę, zapalał ją i w skupieniu obserwował płomień, jakby chciał się upewnić czy mechanizm zadziała kiedy będzie najbardziej potrzebny... Tego popołudnia niebo nad Marrakeszem było szare. Jak popiół. Nie jak stal, bo stal jest zimna, ale właśnie jak popiół - ciepły, niesiony przez podmuch wiatru z dogasającego ogniska. Było ciepło. Nie gorąco, ale po prostu ciepło. Nie tak umiarkowanie ciepło jak w położonych u stóp gór Asni i Imlil, ale przyjemnie ciepło - tak jak ciepło może być w Marrakeszu w połowie października. Przez tę spopielałą szarość nieba pastelowe barwy miasta przygasły i znikły, jakby mury i ściany je wchłonęły, a oglądany z daleka plac podobny był do nieruchomej, ciemnej powierzchni jeziora, po którym, jakimś cudem, poruszali się ludzie i zwierzęta, przejeżdżały skutery i taksówki. W połyskującej rozległej tafli odbijały się rozmazane żółte światła latarni, które właśnie zapłonęły wzdłuż reprezentacyjnej Rue de Bab Agnaou i ślizgały we wszystkie strony światła samochodów. Terkotały wózki i stukały mule kopyta. Wszyscy spieszyli się aby równo z zachodem słońca rozpocząć wieczorny posiłek. Na kilka minut przed końcem postu pustoszeją place, ulice, sklepy, kawiarnie, biura i warsztaty. Zatrzaskują się z hukiem witryny i okiennice, a tam gdzie nie ma na to czasu, musi wystarczyć, grodzący wejście, kij od szczotki, za którym właściciel sklepu z dywanami wykłada na niski stolik pyszności dostarczone przez żonę i nalewa już herbatę do szklanki. Obsługujący turystów kelnerzy stają się niecierpliwi i jakoś nie kwapią się do obsługi, kucharzom nagle brakuje składników do zamawianych potraw, a sprzedawcy nagle godzą się sprzedać srebrny naszyjnik za śmiesznie niską cenę. Pachnie kawą, harirą i dymem z rusztów, na których pieką się szaszłyki i kiełbaski z baraniny. Przez dwie godziny miasto będzie jadło i piło, a Mustafa zapali pierwszego tego dnia papierosa. A potem, jak co wieczór od setek lat, na placu zacznie się spektakl... W sklepie przy marakeskim muzeum można kupić reprodukcje starych fotografii. Za 50 dirhamów można stać się właścicielem zdjęcia powiększonego do rozmiarów plakatu, wykonanego przez nieznanego autora w latach trzydziestych XX wieku, przedstawiającego plac Dżemaa - el fna. W miejscu gdzie dziś znajduje się niby - suk z tanimi pamiątkami, kłębi się, wyraźnie czymś zaaferowany, tłum ubranych na biało mężczyzn. Gromadzą się oni przy skleconych z byle czego budach, na ziemi na pewno nie ma jeszcze bruku, a w tle widać pojedyncze kramy i postacie. Na południowej pierzei placu majaczy budynek, w którym dziś rezyduje Cafe Glacier, widać taras, a ku ville noveau ucieka wyraźnie dzisiejsza Rue Moulay Ismail. Czarno - białe kontury ukazują prawie jak przez kalkę dzisiejszy zarys placu. Przybyło jednak trochę budynków, krawędzie stały się ostrzejsze, a geometria placu bardziej plastyczna i wyraźna. Znikło gdzieś wschodnie falowanie kształtów i niechęć do linii i kątów prostych, afrykański nieład został przykryty nikłą, ale rozłożystą szatą ubierającą okolicę w pewien bliżej nieokreślony kompromis między berberyjską duszą miasta a francuskim pragnieniem zmian. Przez te siedemdziesiąt lat plac jednak zmienił się niewiele, chociaż sporo przez ten czas widział. Widok na fotografii wygląda znajomo, a podekscytowany tłum kłębi się przecież tuż przy zakładzie fryzjerskim, w którym się wczoraj goliłem... Nikt nie potrafił mi jednak odpowiedzieć na pytanie, co było powodem tak dużego zainteresowania ubranych na biało ludzi. Może przemawiał wędrowny kaznodzieja, może przyciągnął ich występ jakiegoś nad wyraz sprawnego kuglarza, może chłonęli nowiny od kogoś kto właśnie przemierzył Saharę, może nasłuchiwali wieści z królewskiego Fezu? A może zajęli ich tak wędrowni opowiadacze baśni, którzy i dziś czasem się tu pojawiają? To mogło być przecież cokolwiek, a podobnych scen i historii plac widział i słyszał wiele. To tu, na Dżemma - el fna, w sercu Marrakeszu, odbywały się targ niewolników, tu ścinano głowy, załatwiano mniej lub bardziej podejrzane interesy, finalizowano kupieckie transakcje, tu kończyły wędrówkę karawany, dostarczając miastu towarów i rozkoszy z odległych krain. Dla Zachodu odkryli go hippisi, którzy zjeżdżali tu tłumnie w latach sześćdziesiątych, wabieni dostępnością kifu i tajemniczą egzotyką. Nie wiadomo kiedy plac powstał i skąd się wzięła jego nazwa. Wiadomo, że bez Dżemma - el fna Marrakesz byłby tylko jednym z wielu afrykańskich miast. Wiadomo, że plac ma swoją legendę. Legendę, której końca jeszcze nie napisano, a którą piszą pojawiający się popołudniami nastoletni berberyjscy akrobaci, rozłożeni na słomianych matach zaklinacze węży, tresowane małpy, znachorzy zachwalający swe talizmany i tajemne mikstury, tancerze i śpiewacy zabawiający przechodniów, sprzedawcy herbaty i haszyszu i dziewczęta w ekspresowym tempie malujące tatuaże z henny. Nieszkodliwi wariaci wrzeszczą wieczorami w granatowe niebo, dostojni starcy cichymi głosami opowiadają jakieś historie, a wykonawcy trudnych do odgadnięcia profesji po prostu siedzą w kucki przy chybotliwym świetle gazowych lamp . Od świtu, dzień w dzień, miesiąc po miesiącu i rok po roku, plac rozbrzmiewa warkotem kołatek, biciem w bębny i zawodzeniem piszczałek. Gwar tysięcy głosów, nawoływania handlarzy, sprzedawców miętowej herbaty i soku ze świeżych pomarańczy, stukot kopyt i szum silników, zlewają się ze sobą w jeden nieustanny, wibrujący, obłędny rytm. To jak szaleńcza gonitwa za czymś bliżej nieokreślonym, nieopisanym, ale niezwykle ponętnym i zakazanym, za stanem ducha, który każe zaufać ulotnym i tajemniczym tchnieniom własnego umysłu i włóczyć się bez celu po zatłoczonych sukach, oglądać berberyjskie naszyjniki z kości wielbłąda, a w gęstwinie wąskich uliczek szukać meczetów, riadów i łaźni. Za stanem ducha, który każe wspiąć się na mury mediny i spojrzeć na zamglone góry, za którymi drzemie Afryka. Przed wieczorem ma się wrażenie, że zmierzch przyniesie ulgę i wytchnienie. Że całodzienny ,ociekający żarem lejącym się z nieba, spektakl dobiega właśnie końca. Że wirujące od gwaru i upału miasto powoli układa się do snu. Jednak to nie zdarza się nigdy, a już na pewno nie podczas świętego miesiąca Ramadan. Nawet miesięczny post nie nadwyrężył zanadto sił postaci wciąż piszących legendę placu i nie ugasił hipnotycznego żaru. Kiedy słońce zachodzi i wyją syreny plac pustoszeje, ale wytęskniony posiłek staje się kolejna okazją do podtrzymania cichszego nieco tumultu i radosnego świętowania końca całodziennej udręki. Nadchodzi wieczór i trzeba nabrać sił, bo przecież Dżemma - el fna ukazuje pełnię swojego oblicza dopiero gdy zapadają ciemności, a suchy i mocny wiatr spływający z gór, jak duch spada na miasto i nie cichnie aż do świtu. Przez całą noc będzie kołysał setkami lampionów, , będzie rozwiewał szaty pobożnych muzułmanów, udających się na wieczorne modły, będzie porywał w górę i rozganiał na boki chmury dymu z rusztów i kłęby pary z kotłów, w których gotuje się harira, rozlewana do drewnianych miseczek. Będzie roznosił po wszystkich zakamarkach mediny aromaty, jakich próżno szukać gdzie indziej na świecie. Będzie namawiał wszystkie zmysły do najwspanialszej uczty, jaką można sobie wyobrazić. I nadchodzi wreszcie ta chwila. Na Dżemma el - fna ze wszystkich stron zmierzają tysiące postaci. Potok ludzi płynie przez szeroką, oświetloną Rue de Bab Agnaou i wylewa na nieruchomą błyszczącą powierzchnię. Zapełnia się przestrzeń między meczetem Kutubija a hotelem Ali. Przy wejściach na suki czernieje gęsta ciżba, smagana błyskami kołyszących się na wietrze lamp . Błyski są pomarańczowe, purpurowe, o kolorze rdzy - tak jak mury Marrakeszu. Wąskie uliczki mediny wypluwają potoki ludzi zmierzających na plac. Środkiem, bokami, jak się da, przeciskają się warkoczące skutery, wielu ulicznych sprzedawców właśnie teraz wykłada swoje towary, głośno oznajmiając ten fakt całemu światu. Z Rue Riad Zitoun el-Qedim wyjeżdża kawalkada straganów, które szybko ustawiają się w równe symetryczne sektory i wypełniają centralną część placu. Po chwili wszystkie są już oświetlone i widać jak na dłoni kolorowe stosy oliwek i ryżu, góry świeżych warzyw, daktyli, krewetek, ślimaków, bakłażanów i kurczaków pływających w curry. Na rusztach pieką się brochette, ryby i owoce morza. W glinianych stożkowatych naczyniach bulgocze tadżin. Na olbrzymim tarasie Cafe de France coraz więcej stolików jest już zajętych - wszyscy chcą oglądać powtarzające się codziennie od setek lat przedstawienie. Wielka chmura dymu z rusztów i kotłów, rozświetlana błyskami wymyślnych lampionów, nagich żarówek, świec i pochodni, szarpana przez wiatr, wiruje nad placem i otula wszystko jak mgła. Mgła pachnąca imbirem, węglem drzewnym, papryką, haszyszem, szafranem i prażonymi orzechami. Występy ulicznych grajków przeciągają się długo w noc, berberyjscy tancerze wirują w hipnotycznym tańcu, mali chłopcy roznoszą chleb i papierosy, kucharze odkrywają zachęcająco pokrywy kotłów, a kelnerzy w biegu serwują herbatę , nalewając ją do szklanek z nieprawdopodobnej wysokości. Ani na chwile nie milkną klaksony, nie zwalniają pchający swoje wózki tragarze, nie dają za wygraną naganiacze ze sklepów z dywanami i sprzedawcy pamiątek. Dalej wiruje dźwięk fletów i dudnią bębny...Noc jest już głęboka i czarna, ale na Dżemma el- fna nikt nie myśli o śnie... Całe rodziny wychodzą na spacer, młodzi Arabowie wyglądający jakby przed chwilą wyszli od stylisty i fryzjera, głośno rozprawiają o wszystkim i niczym, turyści znowu wyruszają na obchód suków i knajp. Podejrzane typy świszczącym szeptem znów oferują haszysz, młode żigolaki wprawnie lustrują podstarzałe Europejki, a arabskie dziewczęta chichoczą przed kinem Mabrouka. Kemal wyniósł sobie tymczasem na ulicę krzesło i rozpoczął nocną zmianę. Mustafa pożegnał się i poszedł do domu. Musi się wyspać, bo jutro z samego rana otwiera sklep. Kemal mówi, że boli go brzuch i idzie zaparzyć the a la menthe. O pierwszej zamknie drzwi hotelu i położy się spać w recepcji. Ulica jest teraz pusta cicha, ale nad ranem muezzini znów zbudzą wiernych i przypomną, że niedługo wstanie słońce i trzeba się najeść. Idę jeszcze z Kemalem po chleb. Do końca świętego miesiąca Ramadan pozostało jeszcze kilka dni. Przed świtem wychodzę na dach hotelu i uderza mnie cisza i pustka. Ledwie kilku zamiataczy krząta się po zroszonej wodą olbrzymiej błyszczącej tafli placu. Jest tak cicho, że słyszę skrzypiący rower przecinający wielką mokrą kałużę. Odwracam się na chwilę i patrzę na morze dachów mediny. Widzę jak blada od przedświtu i snu lekko różowieje. To nieprawda, że Marrakesz jest czerwony. Jego kolor jest inny o wschodzie słońca, inny jest w samo południe, kiedy rozedrgane od upału miasto ma kolor palonej cegły i inny , kiedy na bezchmurnym niebie zachodzi słońce, cienie się wydłużają, a wszystkie pastele ukryte w murach wybuchają nagle krwista purpurą. Przy jednym ze stoisk z sokiem z pomarańczy pojawia się dwójka turystów. Konie zaprzęgnięte do dorożek nerwowo potrząsają łbami. Przejeżdża żółta petit taxi. Zaklinacz węży zaczyna wygrywać na flecie jakąś smętną melodię. Dżemma - el fna budzi się do życia, chociaż, tak naprawdę, wcale nie zasnął.
|